Reklama:


Reklama:

Strajkujący pracownicy Ruchu biją na alarm. „Klub na skraju upadku”

Strajkujący pracownicy Ruchu biją na alarm. „Klub na skraju upadku”
Pracownicy Ruchu, Akademii Piłkarskiej, a także piłkarze i trenerzy pierwszego zespołu od ponad tygodnia prowadzą strajkFot. MF

– Przez wiele lat wszyscy byliśmy frajerami, ale to się skończyło. Jesteśmy na skraju wytrzymałości. Teraz ruch należy do właścicieli klubu – podkreśla Tomasz Ferens, rzecznik prasowy Ruchu, który wraz z grupą pracowników i pierwszą drużyną od ponad tygodnia uczestniczy w strajku.

Na osiem dni przed planowanym startem rozgrywek III ligi na trybunie głównej stadionu przy ul. Cichej zebrali się pracownicy klubu, piłkarze oraz sztab szkoleniowy. Pod gigantycznym znakiem zapytania stoi nie tylko inauguracyjny mecz z Zagłębiem II Lubin, ale przede wszystkim dalsze funkcjonowanie klubu.

17 lipca pracownicy Ruch Chorzów SA ogłosili strajk. Spółka ma wobec nich wielomiesięczne zaległości. Dzień później przystąpiła do strajku pierwsza drużyna. Z kolei 25 lipca pracownicy opublikowali oświadczenie, w którym zaapelowali do właścicieli klubu o podjęcie natychmiastowych działań w celu poprawy sytuacji w Ruchu (w całości można przeczytać je tutaj).

W piątek strajkująca załoga – wraz z pierwszą drużyną – spotkała się z dziennikarzami. Na trybunie głównej zawieszono transparent o treści: „Szanuj pracownika swego, bo nie będziesz mieć żadnego”.

Bijemy na alarm, ponieważ nasz klub znalazł się na skraju upadku. Sytuacja jest dramatyczna. Jesteśmy na skraju wytrzymałości. Wiele osób po prostu nie ma za co żyć – mówił Tomasz Ferens, rzecznik prasowy Ruchu.

Przytoczył on słowa, które wypowiedział niegdyś były fizjoterapeuta Ruchu Włodzimierz Duś. – Pan Włodek w kulisach po jednym z meczów powiedział: „Jak złapiesz frajera, to go duś”. My wszyscy byliśmy frajerami przez wiele lat, ale to się skończyło. Już frajerami nie będziemy i nie damy się dusić. Nasze stanowisko jest niezmienne od ubiegłej środy. Ruch należy do właścicieli – podkreślał Ferens.

Przypomnijmy, że głównymi akcjonariuszami Ruchu są: Zdzisław Bik, Aleksander Kurczyk oraz miasto Chorzów. Kilka tygodni temu Ruch wygrał konkurs na promocję miasta poprzez sport, za co ma otrzymać 4 mln zł (co stanowiłoby pokaźną część budżetu na najbliższy sezon). Warunkiem jest jednak spełnienie szeregu wymogów – m.in. zorganizowanie wielu akcji promocyjnych, spotkań w szkołach i z seniorami, a także zapewnienie odpowiedniej frekwencji na spotkaniach III ligi.

W opublikowanym kilka dni temu oświadczeniu prezydent Chorzowa Andrzej Kotala zapewnił, że miasto jest gotowe wypłacić klubowi pierwszą transzę pieniędzy. Ruch musi jednak dostarczyć potwierdzenie wykonania świadczeń promocyjnych. To zaś okazało się w ostatnim czasie niewykonalne bez pracowników (strajk) oraz wsparcia ze strony kibiców (którzy niedawno ogłosili bojkot – szczegóły tutaj).

Jednocześnie prezydent miasta zaapelował do Zdzisława Bika i Aleksandra Kurczyka o wsparcie finansowe dla Ruchu. – To nie pierwszy raz, kiedy klub boryka się z poważnymi problemami. Mam jednak nadzieję, że i tym razem uda się znaleźć dobre rozwiązanie. Miasto wywiązuje się ze swoich poprzednich deklaracji, teraz jest czas, aby Ruchowi pomogli także pozostali, główni akcjonariusze – podkreślił Andrzej Kotala.

– Ze wszystkich stron usłyszałem, że nie mogą, nie mają, nie wyłożą więcej – poinformował wiceprezes Ruchu Marcin Waszczuk, który w piątek wystąpił razem ze strajkującymi pracownikami. Przyznał, że do jego zadań należy pozyskiwanie środków na działanie klubu, ale w ciągu niespełna trzech tygodni (odkąd objął stanowisko) nie zdołał ugasić tego pożaru. – Zorganizowaliśmy 40 tysięcy. Pieniądze te miały pójść na jedną pensję dla osób z umową o pracę. Te jednak zachowały się solidarnie wobec pozostałych. Podzieliliśmy na wszystkich i przelali kwotę po ok. 1000 zł – mówił.

Nie dopuszczam myśli, że klub może upaść, ale warunek numer 1, czyli uregulowanie zobowiązań wobec pracowników klubu i piłkarzy, musi być spełniony. Stoję między młotem a kowadłem. Wydaje mi się, że mam dobry kontakt z pracownikami  i umiem ich podtrzymać na duchu, ale pracownicy odpowiadają mi, że moi wszyscy poprzednicy obiecywali to samo – dodał Waszczuk.

Jaka kwota jest potrzebna, by spłacić zaległości wobec pracowników spółki i umożliwić zespołowi start w rozgrywkach? Z szacunków przedstawionych przez pracowników wynika, że ok. 1 mln złotych. – 800 tys. zł to absolutne minimum – wyjaśnił Tomasz Ferens.

Tymczasem po czwartkowym oświadczeniu strajkujący pracownicy otrzymali inną propozycję. „Kuriozalną i nierealną” – tak ją skomentowali. – Dostaliśmy odpowiedź z jednej ze stron. Usłyszeliśmy, że jeśli chcemy, żeby ten klub dalej istniał i jeśli chcemy odzyskać swoje należności, to mamy wrócić na tydzień do pracy, zrealizować założenia przedstawione na lipiec w harmonogramie rzeczowo-finansowym w konkursie na promocję miasta, a wtedy na początku sierpnia otrzymamy transzę w wysokości 600 tys. zł, z której uregulowane będą nasze zaległości płacowe. To nierealne. Bez pomocy kibiców nie jesteśmy w stanie zrealizować kilku zadań. A nawet gdybyśmy jakimś cudem to zrobili, to ta kwota i tak nie wystarczy – tłumaczył Tomasz Ferens.

Kibice Ruchu po ogłoszeniu bojkotu są konsekwentni. Wrócą do rozmów z zarządem, jeśli zostaną spełnione dwa podstawowe warunki: spłata zaległości wobec pracowników oraz przedstawienie realnego planu na funkcjonowanie klubu, czyli twardych gwarancji finansowania spółki. Przypomniał o tym Szymon Michałek, który był przedstawicielem kibiców w konkursie na prezesa Ruchu. Nie zgodził się na objęcie posady, gdy nie otrzymał wspomnianych gwarancji.

– Albo panowie kładziecie kasę na stół i robimy porządny futbol w Chorzowie, albo niech ta spółka upadnie i zaczynamy od zera. My ją sobie odbudujemy od podstaw, tak jak zrobił to Piast Gliwice, który przeszedł od B klasy, a w ubiegłym sezonie zdobył mistrzostwo Polski. Czyli się da. Uczciwą pracą, transparentnością, na zdrowych zasadach – tłumaczył Szymon Michałek.

Znaków zapytania jest mnóstwo. Nie wiadomo, czy drużyna przystąpi do walki o ligowe punkty. 25 lipca minął termin zgłaszania piłkarzy do rozgrywek. „Niebiescy” go nie dotrzymali.

Łukasz Bereta, trener Ruchu, ze smutkiem w głosie podsumował ostatnie wydarzenia w klubie. – Pierwszy etap przygotowań przebiegał zgodnie z planem, robiliśmy wszystko, aby zgodnie z założeniami w perspektywie dwóch lat awansować do II ligi. Gdy byliśmy na obozie, dotarła do nas informacja o bojkocie kibiców. Później było niestety tylko gorzej. Brakowało podstawowych narzędzi do przygotowania drużyny. Rozpoczął się strajk pracowników, przyszłość klubu jest niepewna. Nie da się przygotować zawodników pod względem mentalnym i sportowym, jeśli nie wiadomo, czy następnego dnia wyjdziemy na trening. Po tych wiadomościach zawodnicy również nie dawali z siebie wszystkiego, ponieważ obawiali się kontuzji. Jeśli klub się rozpadnie, będą mieli ciężko o nowego pracodawcę – wyjaśniał Bereta.

– Jestem pewny, że taka marka jak Ruch, mająca takich kibiców, dzisiaj upada, ale wróci jeszcze mocniejsza – dodał trener „Niebieskich”.

Upadku nikt jeszcze formalnie nie ogłosił, ale po ostatnich wydarzeniach w klubie trudno o optymizm. W Ruchu brakuje środków na organizację pierwszego meczu. O szczegółach opowiadał Tadeusz Knopik, odpowiadający w klubie za sprawy organizacyjne i kwestie bezpieczeństwa.

– Nie mamy zabezpieczenia ochrony, nie mamy zabezpieczenia medycznego, nie mamy również wykupionej polisy OC przy organizacji imprez masowych. Należy nadmienić, że praktycznie całą zeszłą rundę zagraliśmy na kredyt. Wobec tych podmiotów mamy zadłużenie za większą liczbę meczów z rundy wiosennej. Teraz oczekuje się od nas, byśmy rozmawiali z tymi podmiotami i próbowali ich namówić do przystąpienia do meczu praktycznie bez gwarancji wypłacenia pieniędzy. Nie wiem, czego oczekują właściciele. Być może tego, że z własnych pieniędzy zrobimy zrzutkę na te podmioty, ale jest to trudne, bo sami od kilku miesięcy też nie otrzymujemy wypłat – tłumaczył.

Na zaległe pensje czekają także pracownicy Akademii Piłkarskiej Ruch. Głos w ich imieniu zabrała Anna Bargiel.

– Pracownicy Akademii są traktowani w Ruchu najgorzej, zawsze na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o płatność. Trenerzy mają największe zaległości, sięgające 5-6 miesięcy. Swego czasu jeden z akcjonariuszy zaproponował, że Akademia będzie mieć swoje subkonto, dzięki czemu będzie niezależna. Okazało się, że subkonto zostało stworzone po to, by łatać dziury w Ruchu, a nie w Akademii. Pieniądze są w praktyce przesuwane na inne cele, a my jesteśmy zadłużeni na każdej płaszczyźnie – mówiła Anna Bargiel.

To nie wszystko. – Bulwersuje nas inna sprawa. Za tydzień startują obozy sportowe dzieciaków. Rodzice wpłacili pieniądze, ale okazało się, że ośrodek, do którego mają wyjechać, ich nie dostał. Dziś jest tzw. deadline. Przypuszczam, że pieniądze się znajdą, bo nie wyobrażam sobie reakcji rodziców – tłumaczyła Bargiel. Wiceprezes Marcin Waszczuk poinformował, że termin zapłaty za obozy został przedłużony do środy (31.07.). Do tego czasu klub ma pozyskać środki od jednego ze sponsorów.

– Akcjonariusze, litości! Pomóżcie albo odsprzedajcie swoje akcje. Chcemy wiedzieć, na czym stoimy – zaapelowała na koniec Anna Bargiel.

Jeszcze więcej wiadomości z Chorzowa

Reklama:

Najnowsze wiadomości